Świat bez granic zawsze był moim marzeniem

Wincenty Elsner - poseł na Sejm VII kadencji, przedsiębiorca, twórca projektu "Polska 2.0", autor książki "4 Lata Polityki", obrońca "Frankowiczów" - opowiada o swoich podróżach i politycznych planach na przyszłość.

 

Wincenty Elsner

 

J.Ż:

- W latach 90-tych wyjeżdżałeś często "za chlebem" do Niemiec i Grecji.

Nie kusiło Cię, żeby zostać tam na stałe?

W.E:

- Uważam się za obywatela świata i potrafię sobie wyobrazić mieszkanie w innym kraju, pozostając przez cały czas Polakiem i wiążąc swoje emocje z Polską, ale w latach 90-tych zaczynało się w Polsce wiele dziać i wówczas szkoda byłoby wyjeżdżać.

Marzyłem o Polsce wolnej, o gospodarce wolnorynkowej.

W tych latach wyjazd z Polski byłby jakąś sprzecznością, ucieczką przed bieżącymi trudnościami.

Poza tym na przełomie lat 80-tych i 90-tych podjęliśmy z żoną decyzję o budowie domu.

To była ostateczna decyzja, że pozostajemy w Polsce.

Wcześniej spłodziłem syna (i to niejednego), nieco później, mając już działkę budowlaną, zasadziłem drzewo (i to niejedno), więc pozostało jeszcze zbudowanie domu.

 

J.Ż:

- Długo byłeś w Niemczech, w Grecji?

W.E:

- Jakby wszystko razem podliczyć, to około trzech lat w Niemczech i dwa lata w Grecji. Początkowo pracowałem w Niemczech.

Mój niemiecki pracodawca był zamożnym człowiekiem, posiadał własną posiadłość w Grecji i zaproponował mi tam pracę, na początku przy montażu elektroniki na jego jachcie.

Nigdy nie byłem fanem pływania jachtem, a wręcz mi to przeszkadzało, bo podczas pracy śrubokręty ciągle gdzieś spadały przy każdej większej fali.

No i ta choroba morska, która dla mnie okazała się chorobą zawodową.

 

J.Ż:

- Czy w miałeś czas na zwiedzanie?

W.E:

- Tak, zwiedziłem zarówno Niemcy, jak i Grecję. Bardzo dobrze poznałem Monachium i okolice.

Podczas weekendów zdarzało mi się bywać w Alpach, zarówno po stronie niemieckiej jak i austriackiej.

W soboty też się pracowało, ale niedziele przeznaczałem na zwiedzanie.

W Grecji praca połączona była ze zwiedzaniem.

Mieszkałem w domu, o którym wielu turystów mogłoby tylko pomarzyć, z basenem na tarasie i możliwością opalania się bezpośrednio w miejscu zamieszkania.

 

J.Ż:

- W jakiej części Grecji mieszkałeś?

W.E:

- W centralnej, w okolicach miasta Wolos, a konkretnie na pobliskiej wyspie Skiathos, wchodzącej w skład archipelagu Sporadów Północnych.

Płynąc z Włoch promem do Patras i potem jadąc dalej, mijałem Korynt, rozsławiony przez córy Koryntu i oczywiście przez Kanał Koryncki, łączący Morze Egejskie z Morzem Jońskim.

A jeśli prom zawijał do niewielkiego greckiego portu Igoumenitsa, w pobliżu granicy z Albanią, to w drodze na Skiathos, miast cór Koryntu, odwiedzałem mnichów mieszkających na szczytach gór, w słynnych klasztorach Meteory.

No i oczywiście Ateny.

Nie leżały po drodze na Skiathos, ale na pewno było warto nadrobić sto kilkadziesiąt kilometrów, by przynajmniej raz do roku być na Akropolu.

 

J.Ż:

- Co Ci się najbardziej podobało w Grecji?

W.E:

- W Grecji najbardziej poruszała mnie i rozbudzała emocje grecka atmosfera.

Dobrze się czuję w tym kolorycie narodów południowych.

Pracując i odwiedzając małe miasteczka, często poza sezonem, bywałem tam, gdzie nie docierali zwykli turyści.

Uwielbiałem wieczorem usiąść przy winie lub mocniejszych greckich trunkach, takich jak ouzo lub tsipouro, słuchać muzyki, oglądać greckie tańce.

Gdy, jak na filmie Grek Zorba, kilku Greków wstaje, bierze się za ramiona i tańczy ...

Kiedyś zaproszono mnie na uroczystość ichniej Wielkanocy.

Obchodzona jest nieco później niż u nas, bo to Grecki Kościół Prawosławny.

Odbywa się w formie biesiady, pikniku, gdzie centralnym punktem uroczystości jest pieczenie barana.

Gdyby przyrównać grecką ucztę wielkanocną do polskich świąt, to bardziej przypomina ona grilla niż naszą uroczystość przy rodzinnym stole, często kończącą się, powiedzmy oględnie, różnie.

 

J.Ż:

- Południe Europy to najczęściej obierany przez turystów kierunek.

Czy kryzys związany z uchodźcami z Bliskiego Wschodu i Afryki może to zmienić?

W.E:

- Jeżeli tylko krajom południowym uda się rozwiązać swoje problemy, to pozostaną krajami atrakcyjnymi, ale muszą być przede wszystkim krajami bezpiecznymi.

To, że tak niechętni jesteśmy w stosunku do imigrantów przyjeżdżających do nas, nie znaczy wcale, że nie kochamy tych samych ludzi, gdy jedziemy do nich.

Szkoda, że w wielu atrakcyjnych turystycznie krajach, takich jak na przykład Egipt, pobudowano enklawy dla turystów z Europy i z innych krajów świata.

Pamiętam Egipt z dawnych lat, pierwszy raz byłem tam w drugiej połowie lat 70.

Zatrzymywałem się w hotelach najtańszych, najniższej kategorii, bo dla człowieka z PRL-u i tak był to wydatek kosmiczny.

Najtańszy hotel ulokowany był na dachu, na otwartym powietrzu i tam mieszkali Egipcjanie, Sudańczycy, ale prawie nigdy turyści z Europy.

Wyobrażasz sobie jaką atrakcją była noc pod rozgwieżdżonym niebem.

I całonocne dyskursy z przyjaciółmi o odmiennym kolorze skóry, po angielsko-polsko-arabsku.

Słowa "terroryzm" nie używało się wtedy prawie wcale, mimo że oni modlili się przecież do tego samego Allacha, co dzisiaj.

 

- Z Kairu do Asuanu podróżowaliśmy z żoną pociągiem, trzecią klasą, wraz z całym dobytkiem egipskich pasażerów:

klatkami z kaczkami i gołębiami, kozami i Allach wie jeszcze czym.

Nic dziwnego, że kasjerka na dworcu w Kairze nie chciała nam sprzedać biletów, twierdząc uparcie, że Europejczycy nie jeżdżą trzecią klasą.

Ale wspomnienie podróży takim egipskim „night train” pozostało niezapomniane.

Bywałem w domach egipskich, gdzieś na prowincji, zbudowanych z gliny i trawy.

Bida z nędzą. Ale wewnątrz zawsze były dwa sprzęty: telewizor i wentylator.

Szkoda, że obecnie nie ma takich możliwości podróżowania, bo spędzanie wakacji w ogrodzonych dzielnicach i pod okiem ochroniarzy, to już nie to samo.

 

J.Ż:

- Według ostatniego sondażu Eurobarometru przeprowadzonego w całej Unii na pytanie

"Co z podanej listy uważasz za najbardziej pozytywny skutek powstania UE?"

aż 57 proc. respondentów odpowiedziało, że "Swobodny przepływ ludzi, towarów i usług w obrębie Unii".

Co dalej ze strefą Schengen? Czy grozi nam zamknięcie wewnętrznych europejskich granic?

W.E:

- Niestety, obawiam się, że grozi.

Ja wpisuję się w tę większość, która tak twierdzi.

Świat bez granic zawsze był moim marzeniem i on się w tym przypadku zrealizował.

To jest piękna wizja, chociaż ja do dzisiaj nie mogę się do tego przyzwyczaić, że mijając Zgorzelec i zbliżając się do Görlitz, żaden celnik mnie nie capnie.

Zawsze czuję dreszcz emocji. To, że nie ma żadnego szlabanu jest piękne.

 

J.Ż:

- Pamiętasz swój pierwszy wyjazd za "żelazną kurtynę"?

W.E:

- Mój pierwszy wyjazd za "żelazną kurtynę" to była Szwecja - w połowie lat 70.

Fascynowało mnie, że granice pomiędzy krajami skandynawskimi są otwarte. Podobnie zresztą jak w wielu innych krajach europejskich.

 

- W połowie lat 70. zwiedziłem w ciągu jednego miesiąca prawie wszystkie kraje europejskie, korzystając z biletu, który nazywał się Inter-Rail.

Podróżując z kolegą, doszliśmy do wniosku, że szkoda czasu na nocowanie w hotelach.

Poza tym, dla studenta z PRL-u za drogo było nawet w najtańszym.

Pozostawał więc pociąg. Trzydzieści nocy pod rząd na ławkach w pociągach.

Jednego dnia Paryż, potem noc w nocnym pociągu do Nicei, w tamtych czasach jechał z dziesięć godzin.

Po jednodniowym pobycie w Nicei, znowu nocleg w pociągu i powrót do Paryża, by kontynuować zwiedzanie.

Dzisiaj kupuje się wycieczki "all inclusive", dla nas takim "all inclusive" był wagon kolejowy.

Posiłki składały się głównie z „zupek w proszku” gotowanych na kuchence turystycznej w ...

No, gdzie? - W toalecie oczywiście!

Bezcennym było zobaczyć minę Włocha lub Anglika na widok Polaka wychodzącego z ubikacji z garnkiem dymiącego rosołu lub pomidorowej.

Takie to były lata 70.

Wracając do czasów współczesnych: zamknięcie granic to najczarniejsza wizja.

Chciałbym żyć w Stanach Zjednoczonej Europy.

Jestem bardzo dumny z tego, że w paszporcie mam obok "Rzeczypospolitej" również napis "Unia Europejska", ale wizja SZE niestety się oddala.

Dobrze by było utrzymać przynajmniej te dzisiaj otwarte granice.

 

J.Ż:

- Mieszkasz we Wrocławiu, który uważasz za swoje miasto.

Za trzy lata zamierzasz ubiegać się o urząd prezydenta Wrocławia.

Jaki masz pomysł na Wrocław?

W.E:

- Jest i drugie miasto, z którym jestem bardzo mocno związany.

To Monachium. Spędziłem w Monachium tak wiele czasu, że pokochałem to miasto.

Często wybieramy się tam z żoną na dwa, trzy dni, w nostalgiczną podróż, bo to tam, jeszcze jako studenci, zaczynaliśmy nasze wspólne życie.

Pospacerować po Marienplatz, latem pojeździć rowerem wzdłuż Izary, przed Bożym Narodzeniem napić się gorącego Glühwein, a jesienią zimnego Octoberfestbier.

Piękne miasto. Pytałaś czy mógłbym mieszkać poza Polską? - W Monachium mógłbym!

A Wrocław ma coś z Monachium.

Rozwój Wrocławia widziałbym jako miasta tak otwartego i tolerancyjnego jak Monachium.

Jeżeli zrealizuję swoje plany polityczne - zostania prezydentem Wrocławia - to byłoby jedno z moich przesłań, aby Wrocław był takim polskim Monachium.

Otwartym, wielokulturowym miastem, a jednocześnie potężnym ośrodkiem gospodarczym i największym polskim centrum biznesowym.

To, co w tej chwili najbardziej boli, to dysproporcje w samym Wrocławiu i okolicach.

Wystarczy oddalić się od najpiękniejszego w Europie wrocławskiego Rynku o kilka kilometrów lub wsiąść w samochód i pojechać do miejscowości oddalonych o dwadzieścia, trzydzieści kilometrów od Wrocławia, a okazuje się, że to zupełnie inny świat.

Biedy, niedostatku, ruin bez dachów, powojennych resztek po Nieder Schlesien.

Wrocław musi zadbać o to, aby na wzór Monachium stał się metropolią skupiającą wokół siebie wiele miejscowości i dbającą o rozwój Trzebnicy, Oleśnicy, Sobótki, Milicza ...

I wielu innych.

 

J.Ż:

- Życzę powodzenia i zrealizowania planów.

 

 

Z Wincentym Elsnerem rozmawiała Jadwiga Żukowska

 

Tags: